—Pułkowniku, wizyta dobiega końca…
„Zamknij się na chwilę” — powiedział, nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
Wszedł powoli do pokoju.
Ramira natychmiast zesztywniała, instynktownie osłaniając Salome swoim ciałem.
Méndez zatrzymał się dwa metry od niego.
„Malutka” — powiedział głosem cichszym, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. „To, co powiedziałaś… powiedziałaś komuś jeszcze?”
Salome spojrzała na niego bez lęku.
—Do cioci Klary. Ale powiedziała, że mi się to przyśniło, bo byłam mała. Potem wysłała mnie do jakiejś pani i od tamtej pory nie chciałam już nic mówić.
—Psycholog? — zapytał Méndez.
—Nie wiem. Miał żółty notes i dawał mi cukierki, jeśli przestanę powtarzać historię o zegarze.
To wystarczyło.
Méndez zwrócił się do młodszego strażnika, który wciąż stał przy drzwiach, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
—Nikomu nie wolno dotykać więźnia Fuentesa. Zawiesić wszystkie końcowe etapy postępowania do odwołania.
Strażnik otworzył oczy.
—Ale, pułkowniku, wyrok…
„Dyrektor więzienia zawiesza go, gdy pojawią się nowe dowody podważające rzetelność postępowania” — przerwał Méndez. „Czy mam zacytować regulamin dosłownie?”
—Nie, proszę pana.
—To proszę to zrobić.
Strażnik praktycznie uciekł.
Pracownik socjalny wstał.
—Ja… Muszę to zgłosić…
—I pan to zrobi — odpowiedział Méndez. — Ale najpierw chcę mieć całą dokumentację dotyczącą zatrzymania, raporty z przesłuchania psychologicznego i wszelką dokumentację związaną z wizytami cioci Klary. Wszystko. Do mojego gabinetu. W ciągu dziesięciu minut”.
Kobieta zbladła i wyszła bez protestu.
Ramira nadal przytulała córkę, jakby ktoś miał ją znowu zabrać.
Méndez pochylił się lekko do przodu, na tyle, by znaleźć się na wysokości oczu Salomé.
—Czy rozpoznałabyś tego mężczyznę, gdybyś zobaczyła jego zdjęcie?
Dziewczyna bez wahania skinęła głową.
—Tak.
—Dobrze.
Spojrzał na Ramirę.
Przez pięć lat za każdym razem, gdy widziała go przechodzącego przez oddział, czuła tę samą mieszankę nienawiści i rezygnacji. Był symbolem końca. Człowiekiem, który podpisywał harmonogramy, protokoły i milczenie. Ale teraz, w tym ciasnym pomieszczeniu, które pachniało żelazem i środkami dezynfekującymi, Méndez nie wyglądał na kata. Wyglądał jak zmęczony starzec, który właśnie zdał sobie sprawę, że mógł doprowadzić niewinną kobietę na śmierć.
— Pani Fuentes — powiedział w końcu. — Chcę, żeby powiedziała mi pani dokładnie to samo, co w swoim pierwszym zeznaniu, niczego nie pomijając, nawet jeśli uważa pani, że to już nie ma znaczenia.
Ramira spojrzała na niego jak ktoś, kto po latach walenia głową w ścianę w końcu widzi otwarte drzwi.
—Posłuchasz mnie teraz?
Zajęło mu chwilę, zanim odpowiedział.
—Tak.
I po raz pierwszy wydawało się, że trudno mu to powiedzieć.
Następne godziny odmieniły losy wszystkich.
Méndez otworzył sprawę od środka, wykorzystując autorytet, który wciąż posiadał, i presję zawieszenia w ostatniej chwili. Nakazał dostarczenie całej dokumentacji sprawy na salę sądową, nie tylko streszczenia przedstawionego sądowi, ale wszystkiego: oryginalnych zeznań, opinii biegłych, przesłuchań, pominiętych nazwisk, opinii psychologicznych i nagrań z miejsca zbrodni.
Znalazł to, czego nikt nie chciał oglądać.
Na broni znajdowały się oczywiście odciski palców Ramiry, ale także częściowe szczątki innej osoby, której nigdy nie udało się prawidłowo zidentyfikować z powodu „niskiej jakości zebranych dowodów”. Słynny świadek, który twierdził, że widział ją wychodzącą z domu tamtej nocy, zaprzeczył sam sobie dwukrotnie. Raport psychologa, który przesłuchiwał Salomé, zawierał niepokojące zdanie, odnotowane na marginesie, a następnie zignorowane: „Nieletnia nalega na mężczyznę noszącego błyszczący zegarek, ale jej narracja wydaje się być pod wpływem zespołu stresu pourazowego”.
Zanieczyszczona.
To słowo wystarczyło, by uciszyć jedyny niewinny głos w całej sprawie.
O czwartej po południu Salomé została zaprowadzona do pokoju w celu uproszczonej identyfikacji ze zdjęciem. Wśród kilku zdjęć mężczyzn w eleganckich garniturach, niektórych znanych jej ojcu, innych dodanych w celach weryfikacyjnych, dziewczynka natychmiast wskazała jedno.
Nie zawahała się.
Nie zawahała się.
Nie musiała nawet dotykać zdjęcia.
-Tego.
To był Hector Becerra.
Prawnik.
Doradca finansowy.
Bliski przyjaciel Estebana.
I, według notatki zagubionej w załącznikach księgowych, mężczyzna zamieszany w serię dokumentów, których Esteban odmówił podpisania na miesiące przed śmiercią.
Kiedy Méndez zobaczył wskazane zdjęcie, poczuł dreszcz w żołądku. Pamiętał to nazwisko skądś indziej. Nie z procesu. Z prywatnej rozmowy telefonicznej, którą odebrał tydzień wcześniej, kiedy wyrok mógł być jeszcze wykonany w ciszy. Usłyszał szept.